Tymczasem do oddziałów polskich oraz do punktu zbiorczego w „Łozińcu” zaczęli ściągać tłumnie ochotnicy, najczęściej młodzi chłopcy, którzy wymykali się z domu rodzicom. Byli wśród nich uczniowie, studenci oraz słynni lwowscy batiarzy – łobuziacy. Przynosili z sobą strzelby myśliwskie, archaiczne stare karabiny, pamiętające czasy powstania styczniowego, pistolety, które zdobiły gabinety ojców, nadające się raczej do pojedynków niż do walki frontowej. Ale najczęściej szli z gołymi rękami. To właśnie spośród nich śmierć zbierze najobfitsze żniwo. Mieli w sobie płomienny patriotyzm, dziecięcą pewność siebie i bezbronność. To o nich Kornel Makuszyński napisze później: „Bo w tym przeklętym Lwowie nigdy nie znają miary. Do diabła wreszcie z tym miastem, które wszystkim jak sę[...]