Fragment: Stanisław Sławomir Nicieja - Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda

Tymczasem do oddziałów polskich oraz do punktu zbiorczego w „Łozińcu” zaczęli ściągać tłumnie ochotnicy, najczęściej młodzi chłopcy, którzy wymykali się z domu rodzicom. Byli wśród nich uczniowie, studenci oraz słynni lwowscy batiarzy – łobuziacy. Przynosili z sobą strzelby myśliwskie, archaiczne stare karabiny, pamiętające czasy powstania styczniowego, pistolety, które zdobiły gabinety ojców, nadające się raczej do pojedynków niż do walki frontowej. Ale najczęściej szli z gołymi rękami. To właśnie spośród nich śmierć zbierze najobfitsze żniwo. Mieli w sobie płomienny patriotyzm, dziecięcą pewność siebie i bezbronność. To o nich Kornel Makuszyński napisze później: „Bo w tym przeklętym Lwowie nigdy nie znają miary. Do diabła wreszcie z tym miastem, które wszystkim jak sę[...]

Fragment: Krzysztof Jaworski - Dandys. Słowo o Brunonie Jasieńskim

  Pierwsze zderzenie z rosyjską rzeczywistością nastąpiło w chwili, kiedy tuż po przylocie filmowaliśmy Dworzec Leningradzki, na który niegdyś przyjechał Jasieński. Podszedł do nas wówczas uzbrojony patrol wojskowy i stanowczo zabronił wykonywania jakichkolwiek zdjęć oraz w ogóle przebywania na terenie dworca, grożąc utratą sprzętu i zatrzymaniem. Jakim zatrzymaniem? – uśmiechnęliśmy się szeroko: „My druzja, iz Polszy”. „Kakije wy druzja?” – spojrzał na nas pogardliwie patrol: „Wy szpiony iz NATO”. W ten oto sposób zostaliśmy oskarżeni o szpiegostwo szybciej niż Jasieński, on czekał na to osiem lat, my – zaledwie parę godzin... Niemniej jednak z mniejszym lub większym szczęściem kontynuowaliśmy pracę nad filmem i wędrówkę śladami nasz[...]

Fragment: Joseph Delaney - Pomyłka Stracharza

Z laską w dłoni poszedłem do kuchni i zabrałem pusty worek. Do zmierzchu została ledwie godzina, ale wciąż miałem dość czasu, by zejść do wsi i odebrać cotygodniowe zakupy. W domu znalazłem tylko kilka jajek i mały kawałek sera z Hrabstwa. Dwa dni wcześniej stracharz wyruszył na południe, by rozprawić się z boginem. Z irytacją pomyślałem, że już drugi raz w tym miesiącu mój mistrz udał się do pracy beze mnie. Za każdym razem powtarzał, że to rutynowa sprawa, nic, czego nie oglądałem wcześniej podczas terminu; lepiej, bym został w domu, ćwiczył łacinę i nadganiał naukę. Nie protestowałem, ale nie byłem zadowolony. Bo widzicie, podejrzewałem, że miał też inny powód – próbował mnie chronić. Pod koniec lata czarownice z Pendle wezwały na świat Złego, ucieleśnienie mroku, Diab[...]